|
Pewna kobieta (w wieku miedzy 25 a 30 rokiem zycia) od okolo 2 lat (a moze i jescze dluzej, ale w mniejszym nasileniu) ma nastepujace objawy chorobowe: apatia; niechec do zycia; znudzenie; anhedonia; kontakty spoleczne na minimalnym poziomie; kompleksy na punkcie swojego wygladu, niskie poczucie wlasnej wartosci (choc jest wyksztalcona), brak konsekwencji w dzialaniu, slomiany zapal (kobieta chce czegos dokonac a nastepnie ponownie chowa sie w skorupie, dochodzac do wniosku, ze to ponad jej sily), pragnienie znikniecia z powierzchni ziemi (bez planowania samobojstwa) i jednoczesnie ogromny strach przed smiercia. Z tym ostatnim ogromne problemy. Kobieta wyobraza sobie, ze czekaja ja tylko zle rzeczy, ze za pewien czas po kolei bedzie tracila swoich bliskich, co ja przeraza. W dodatku nie moze poradzic sobie z problemami codziennosci, obciazajac tym samym swoja matke, ktora ma mnostwo wlasnych klopotow(maz alkoholik po chorobie nowotworowej), i wpadajac w depresje z powodu ogromnego poczucia winy. Planuje malzenstwo,lecz wlasna niemoc utwierdza ja w przekonaniu, ze byloby niemoralnym wiazac sie z drugim czlowiekiem, w sytuacji calkowitego braku energii i motywacji. Na domiar zlego wszystko wskazuje na to, ze po slubie bedzie musiala sie przeprowadzic do miejsowosci, w ktorej mieszka jej przyszly maz(facet ma bardzo dobra prace a ona jest bezrobotna studentka) i bardzo boi sie ciaglej ingerencji jego rodziny w jej zycie. W jej stanie mogloby to doprowadzic do calkowitej destrukcji. Nie da sie przeciez tego ukryc, ze nie jest calkiem normalna. Obawia sie, ze bedzie traktowana niepowaznie, jezeli tylko bliscy jej meza zorientuja sie w tym, ze nie radzi sobie z sama soba. Zwierzyla mi sie, ze ma mieszane uczucia, co do swojego przyszlego malzonka cyt. Nikt nie jest idealny, wiec nie wiem juz sama, co robic. On zachowuje sie jak duze dziecko i jedynym wyjsciem byloby odroczenie slubu do czasu, kiedy odnajde swoje miejsce i sens zycia. Mezczyzna ja idealizuje. Jego rodzina ma falszywy jej obraz. Ona obawia sie, ze po blizszym poznaniu wszystkich rozczaruje. W dodatku jej przyszly maz podejmuje wszelkie decyzje w konsultacji ze swoimi rodzicami, co swiadczy o braku odpowiedzialnosci i niedojrzalosci tego czlowieka i strasznie ja denerwuje. Jest niepoprawnym optymista i wierzy w jej bezgraniczna milosc a ona tymczasem nie jest pewna czy w ogole potrafi kochac, czy to nie jest tylko przyjazn i ogromne przywiazanie. Kobieta sie z tym nie kryje, w dodtaku wysyla szereg sygnalow, informujących swojego mezczyzne o kiepskim stanie swojej psychiki. Niestety on nie przyjmuje tego do wiadomosci, mimo, ze wielokrotnie o tym rozmawiali. Podobno zarzuca jej rozczulanie sie nad soba. On sam boi sie przyjac do siebie oczywisty fakt, ze na tym etapie ona sobie z choroba nie poradzi. Niestety kobieta bardzo boi sie isc do poradni. Nie chce uslyszec najgorszego: tego, ze jest ciezko chora. Boi sie przyznac wszem i wobec do swojej slabosci, stara sie ja nieudolnie ukryc, przede wszystkim dlatego, ze nie chce stracic szacunku w oczach ludzi. Prosze odpowiedzcie: czy to jest bardzo gleboka depresja, czy tez cos jeszcze powazniejszego? Mam nadzieje, ze to nie jest jakis rodzaj psychozy, albo zaburzenie schizofrenopodobne? Kobieta ma nadzieje, ze jakos da sobie rade, ale ja widze, ze z nia jest z kazdym dniem coraz gorzej, tym bardziej, ze ma coraz wieksze zaleglosci i do tego dochodzi stres zwiazany ze slubem. Ona boi sie pojsc do poradni, gdyz jest tego swiadoma, ze jezeli jest to naprawde cos powaznego, to nie ma szansy na osiagniecie sukcesow zawodowych w zadnej dziedzinie a z pewnoscia nie ma szans na prace z dziecmi. A jezeli nie upewni sie co do swojego stanu zdrowia, obawia sie, ze kiedy zostanie matka (co bedzie mozliwe, skoro zaklada rodzine) to unieszczesliwi nie tylko przyszlego meza, ale i dzieci. Ja podzielam jej zdanie, ze nie powinna wychodzic za maz, ale ona nie potrafi przemowic swojemu mezczyznie do rozsadku. On sie ciagle upiera na swoim a ona z kazdym dniem przekonuje sie coraz bardziej o jego przywiazaniu i lojalnosci wobec jej osoby i uswiadamia sobie, ze strata jedynego czlowieka, ktoremu na niej zalezy, bedzie dla niej bardzo bolesna. Czy ktos z Was sie orientuje, jakie sa konswkwencje poslubienia chorej psychicznie osoby? Czy mozna uniewaznic w tej sytuacji malzenstwo? Skoro on wie w jakim ta kobieta jest stanie w tej chwili, to czy bedzie mogl po slubie wycofac sie z danego slowa i zerwac przysiege malzenska? Prosze o Wasze opinie na ten temat. Pozdrawiam, Saanale
|