Witam, nie ukrywam, że do napisania natchnął mnie post czy ktoś ma kontakt ... , choć nie długo jestem na tej grupie ( choć choruje od ponad 10 lat ... ) zdążyłam się przekonać, że panuje na tej grupie atmosfera wzajemnego wsparcia i zrozumienia! To naprawdę niesamowite ... ale nie o tym chciałam. Od najmłodszych lat marzyłam o tym, aby zostać lekarzem, nie tym od ludzi - chciałam leczyć zwierzęta. Myślałam, że człowiek zawsze sobie poradzi, medycyna wciąż się rozwija, jest tak wielu specjalistów w różnych dziedzinach, a zwierzęta takie bezbronne, nikt tak naprawdę nie interesuje się ich losem, więc postanowiłam zostać weterynarzem. Miałam 15 lat jak niespodziewanie zachorowałam na serce. Szok, strach, zdziwienie... Wreszcie złość i wściekłość zawładnęła mną. Dlaczego ja?! Dlaczego w tak w młodym wieku?! To pytania, na, które nikt nie znał odpowiedzi... Na początku myślałam, że to kara za moje wcześniejsze podejście, że niedoceniałam wartości zdrowia i życia ludzkiego - gorzko płakałam, co noc, nie mogąc sobie poradzić z tym, co się stało. Od tamtego dnia nic już nie było takie same, wszystkie plany legły w gruzach, świat przewrócił mi się do góry nogami i czułam się strasznie bezradna! Dni, miesiące, lata mijały leniwie, a każdy dzień przynosił inne wiadomości na temat mojej choroby i niebyły to na pewno dobre wiadomości. Zabiegi, powikłania, lekarstwa, zastrzyki, pogotowie, szpital - to był mój dzień powszedni. Wszystkie inne rzeczy zostały odsunięte na drugi plan, a życie zdeterminowane było walka z chorobą - to nie była już bitwa, to istna wojna o życie, to moja wojna i mojej mamy, która ramię w ramię walczyła razem ze mną każdego dnia. To, co się stało zupełnie zmieniło mnie i moje myślenie o przyszłości, dziecięce marzenia zostały zastąpione dojrzałymi przemyśleniami, życiowymi doświadczeniami. Nie mogłam znaleźć swojego miejsca, celu w życiu - gdzieś wpadła myśl - może medycyna? Bardzo poważnie zastanawiam się nad tym, ale wiedziałam, że ja właściwie medycynę już studiuje od kilku lat, sama dla siebie jestem lekarzem, pielęgniarką i pacjentem. Zadałam sobie pytanie: czy takie życie odpowiadałoby mi? Czy codzienna praca z chorymi ludźmi byłaby dla mnie do zniesienia? Czy czasem nie pogrążyłoby mnie to tak bardzo, że nie miałbym już dystansu do swojej choroby - dystansu, który przez tyle lat wypracowałam sobie? Może zabiłoby to w mnie wrażliwość na ludzkie cierpienie, na swoje cierpienie, a może wręcz odwrotnie, stałbym się po prostu hipochondrykiem i już nigdy nie potrafiłabym normalnie żyć. Dziś, kiedy wracam do tamtych czasów, mając już wiedzę psychologiczną - myślę, że dobrze się stało, iż moja edukacja poszła w innym kierunku. Tamtego roku, kiedy pojechałam do Warszawy na zabieg dowiedziałam się wiele o sobie, o ludziach i o tym, co chcę robić w życiu. Zobaczyłam jak ludzie każdego dnia umierają bezradni, umiera ich nadzieja. Umierają dzieci, dorośli, a w raz z nimi umierają ich najbliżsi - rodziny, przyjaciele... Umierają zanim jeszcze przyjdzie dzień odejścia ich na inny świat! Pochłonięci cierpieniem w chorobie, kiedy już nie mają siły walczyć, kiedy są już tak zmęczeni psychicznie, że nie są wstanie myśleć o niczym innym - nie potrafią powiedzieć: ja chcę żyć! Nie potrafią, czy nie chcą? Chcą, aby to się już skończyło, nie jest ważne, w jaki sposób, po prostu chcą, aby to się wreszcie skończyło! Widziałam tez ludzi nieuleczalnie chorych, nie mających szansy na wyzdrowienie, a jednak nie poddających się, nie dopuszczali do siebie wiadomości, ze już nie długo umrą, - bo to nie kłamstwo, lecz prawda zabija nadzieję! Spotkałam kiedyś człowieka, który był po kilku zawałach, a jego serce tak słabe, że nie mógł sam chodzić, ratunkiem dla niego był tylko przeszczep. Miał kalendarz z wyrywanymi kartkami zawieszony nad łóżkiem szpitalnym, widziałam jak każdego ranka zrywał kartkę z kalendarza i płakał ze szczęścia, że został mu podarowany jeszcze jeden dzień życia! Byliśmy razem na oddziale intensywnej terapii, ale przychodzili do nas ludzie z innych oddziałów, u nas zawsze było wesoło, chciało się żyć. Wiele się od niego nauczyłam, nauczył mnie cieszyć się tym, co się ma w danej chwili, szacunku do własnych myśli i jak zaakceptować własną chorobę. Nie jest to łatwe i nie zawsze udaje mi się tak postępować, ale to bardzo pomaga, za każdym razem przekazuję to innym. Choć minęło ładnych kilka lat od tamtej pory, zapamiętam go do końca życia! W dzień swojej operacji nie zerwał kartki z kalendarza, wiedział, że nie wróci... Zastanawiacie się pewnie to w czym problem ? Ano w tym, ze ja mam 25 lat, skończyłam psychologie, więc wiele potrafię sobie wytłumaczyć ... lecz nie potrafię normalnie żyć ... wciąż myślę ( boje się !) o śmierci ... jest to czasem nie do zniesienia, nie potrafię się pogodzić z tym, ze jestem chora, że wciąż musze walczyć ze złymi wiadomościami - ja już chyba nie mogę z tym żyć, nie mam siły ... naprawdę ... nie potrafię sobie przetłumaczyć niczego ... nie myślę racjonalnie ... proszę napiszcie jak Wy walczycie o życie, jakie są Wasze sposoby na życie z choroba ... ? Napiszcie o uczuciach, może są podobne do moich ? Dodam, ze jestem osoba bardzo komunikatywną, mam wielu przyjaciół, mam duże poczucie humoru i dystans do siebie - kurcze brzmi to jak anons matrymonialny

ale nie potrafię wyzbyć się strachu ... bólu ... chyba porostu panicznie boję się śmierci, śmieci bezsensownej i niespodziewanej ... Aga